piątek, 22 maja 2015

Rozdział III



Szedł. Przemierzał korytarze Hogwartu, nawet nie odwracając się za nawoływaniami innych. Nie myślał. Nie czuł nic oprócz opętującej go pustki i głośnego pulsowania serca, które jakby na nowo zaczęło bić z całych sił. Jego nogi same prowadziły go w nieznanym kierunku, a oczy wyrażały taką zaciętość, że sam Czarny Pan przez chwilę rozważyłby zagrożenie ze strony Dracona Malfoya, który wyglądał teraz jak tykająca bomba zegarowa. Nie miał pojęcia, co się z nim działo. Pozwolił emocjom kompletnie zapanować nad swoim ciałem, co nigdy nie było zbyt dobrym pomysłem. Ręce drżały mu z duszącej go wściekłości i bezradności. 
Jego ojciec nie żyje. Tyran, zwolennik Voldemorta w końcu poległ z ręki własnego mistrza. Tak przynajmniej powinien myśleć o nim jego własny syn, wygnany ze swojego domu. Odizolowany od rodziny i szczęścia. Od tak dawna marzył o śmierci Lucjusza, o tym, by w końcu być wolnym. Teraz nie czuł nic poza głębokim rozczarowaniem i żalem. Powinien skakać z radości, cieszyć się, iż jego tyran umarł i już nigdy nie wróci. Bo przecież tego pragnął? Tego właśnie oczekiwał od życia… prawda?
Przeklął siarczyście, wybiegając z zamku na błonia, które spowiła już ciemność. Po chwili solidnego marszu usiadł pod pierwszym lepszym drzewem, zachłannie łapiąc powietrze. 
Przecież wiedział, jak to się skończy. Nikt z poddanych Voldemorta nie mógł być pewny swojego życia. To był ich dobrowolny wybór. 
Draco prychnął pod nosem. Nie powinien się tym przejmować, nie powinien o tym w ogóle myśleć. Lucjusz Malfoy był potworem. Istną katorgą w jego rodzinie, rzucającą klątwy niewybaczalne na lewo i prawo. Zdecydowanie nie był ojcem, jakiego blondyn zawsze pragnął mieć. 
A więc czemu tak bardzo przeżywał to wszystko? 
To przez stres“ - próbował sobie wmówić. Za dużo się ostatnio dzieje. Treningi, horkruksy, Książę Półkrwi. Czy to nie miało większego sensu niż śmierć jednego z wielu sługusów Sami-Wiecie-Kogo? Odpowiedź powinna być prosta. 
- Miło cię widzieć, Malfoy. - Cichy głos pewnej brunetki powoli przywrócił go na ziemię. 
Zaskoczony odwrócił leniwie głowę, narażając się na spojrzenie samej Hermiony Granger. Jej brązowe tęczówki zdawały się przedzierać się przez całą duszę Dracona, co nie za bardzo mu się spodobało. Mimo to nie przerwał ich dziwnej wymiany spojrzeń, na chwilę pozwalając sobie na zatopienie się w czekoladowych oczach dziewczyny. 
Musiał przyznać, Ślizgonka naprawdę była bardzo urokliwą kobietą. 
- A więc tu cały dzień się chowasz? - spytał na powitanie, uśmiechając się ironicznie. 
- Można tak powiedzieć - odparła szeptem, parskając smutnym śmiechem. 
Szarooki uniósł jedną brew do góry. Gdzie podział się zapał i werwa brązowowłosej, którą aż tryskała podczas ich ostatniego spotkania? Chyba nawet nie chciał wiedzieć. 
Przez chwilę oboje pogrążyli się na nowo w swoich własnych myślach, kompletnie nie zwracając uwagi na obecność drugiego. Potrzebowali spokoju… Spokoju i zrozumienia. Draconowi nie przeszkadzała cisza, która między nimi zapadła. 
Szczerze powiedziawszy, liczył, iż uda mu się pobyć samemu i odrobinę pozbierać resztki swojej godności, lecz teraz zdał sobie sprawę, że obecność dziewczyny w ogóle mu nie przeszkadzała. 
Nie była dla niego żadnym problemem ani nie irytowała go swoją obecnością, co było zupełną nowością. Teraz Granger zachowywała się zupełnie inaczej. Była spokojna, lecz dalej zimna jak lód. Mimo to Malfoy miał wrażenie, iż smutek aż emanował z jej serca, docierając wprost do niego.
- Ile tu już siedzisz? - spytał w końcu, wyprzedzając swoje myśli. 
- Od rana - przyznała szczerze, co bardzo zdziwiło Gryfona. 
- I nikt nie zauważył zniknięcia księżniczki Slytherinu? – zironizował, doprowadzając dziewczynę do śmiechu. Kolejny szok dla blondyna. Nie wiedział, że umiał sprawić, by arystokratka zaśmiała się tak szczerze. 
- Ludzie nie chcą widzieć tego, co jest oczywiste – odparła, przyglądając się w zadumie Draconowi. 
W myślach zganiła się za wpatrywanie się w jego przystojną twarz, która była tak podobna do tej, którą miała okazję oglądać niecały dzień temu. Na samo wspomnienie posmutniała. 
- Przykro mi z powodu twojego ojca - powiedziała ze szczerym współczuciem. 
- Mnie nie - odpowiedział od razu, zaciskając do bólu pięści. Przeklęte negatywne uczucia ponownie dały o sobie znać na samą wzmiankę o Lucjuszu. - Zasłużył sobie na to - warknął, bardziej próbując przekonać siebie samego niż Hermionę, która i tak nie zamierzała drążyć tematu. 
Bała się naruszyć prywatną strefę Gryfona, a z doświadczenia wiedziała, że zazwyczaj nie kończyło się to dobrze. 
- Rozumiem - mruknęła tylko. Ponownie pogrążyli się w zupełnej ciszy, tym razem jednak świadczącej o niezręcznej sytuacji, jaka między nimi zapanowała. 
- Cieszę się tylko, że nie musiałem tego oglądać - szepnął, rzucając ze złością pierwszy lepszy kamień do jeziora. - Mimo to powinienem tam być - dodał. Oboje wiedzieli, iż słowa były bardziej skierowane do niego samego niż do brązowookiej. 
Ta bowiem zastanawiała się, czy zaprzeczyć słowom swojego towarzysza, czy też je poprzeć. Prawda była jednak taka, że Lucjusz zginął za decyzję, jakiej dokonał Draco. 
- Gdybyś tam był, zabiłby go na twoich oczach - skłamała gładko, na co blondyn prychnął głośno. 
- Doskonale wiesz, że to nieprawda, Granger. Przestań w końcu kłamać – syknął, wstając gwałtownie. - To moja wina. Tylko i wyłącznie moja, że ON nie żyje. Moje decyzje doprowadziły do takiego końca - krzyczał, dając w końcu upust swoim uczuciom. Miał wrażenie, jakby cały świat wokół niego zaczął wirować z zawrotną szybkością. Jedyne, co doskonale widział, to te czekoladowe tęczówki, które zdawały się przekonywać go do siebie z sekundy na sekundy coraz bardziej. 
Nie wiedział, czemu to robi. Nie wiedział, czemu dzieli się swoimi przemyśleniami z wrogiem… Przyszłą Śmierciożerczynią, która w rzeczywistości jest równie słaba co on. 
Widział w jej oczach ból. Ból i katorgę, goszczącą również u niego. 
- Dla mnie też nie było to łatwe - wykrztusiła Hermiona, gdy Malfoy powoli zdążył opanować swoją agresję. - On cię kochał. Na swój własny sposób - dokończyła. 
Gryfon spojrzał na nią jak na wariatkę, pozwalając, by złość zapanowała nad jego ciałem. 
Za kogo ona się miała, by teraz przekazywać mu uczucia ojca? Nie wiedziała o nim nic. Kompletnie nic. Czemu więc zachowywała się tak, jakby wiedziała więcej niż on? Z ręką na sercu mógł przyznać, że przeżył o wiele więcej niż ta nędzna Ślizgonka. 
W następnej chwili podszedł do niej na niebezpieczną odległość, lekko nachylając się w jej stronę. 
- Nic nie wiesz o moim ojcu - warknął prosto w jej usta. - Wybrał taką drogę, niszcząc przy tym moje życie - wycedził. 
- To ty je sobie niszczysz, zachowując się jak tchórz! - odpyskowała dzielnie Hermiona. Mimo jej stanu nie dała się zastraszyć. Musiała jednak przyznać, iż Malfoy umiał być przerażający. 
- Powodzenia w byciu Śmierciożercą, Granger - powiedział spokojnie, co przyprawiło dziewczynę o ciarki, a następnie powolnym krokiem udał się z powrotem do zamku. 




~Hermiona~

Hermiona przez dłuższy czas nie mogła otrząsnąć się z szoku, jaki zagwarantował jej pewien Gryfon. 
Nie przypuszczała, że chłopak aż tak gwałtownie i agresywnie zareaguje na prawdę, którą wypowiedziała. Z charakteru bardziej przypominało jej to Ślizgonów niż wiecznie odważnych podopiecznych Godryka. Nie miała pojęcia, czemu Draco Malfoy aż tak bardzo bał się chociaż na chwilę zrzucić maskę obojętności i sztucznego dobra.
Dopiero teraz zauważyła, iż blondyn jest tak samo skomplikowany jak ona. Oboje, mimo że tak różni, dzielili jedną wspólną cechę. Strach. Strach przed jutrem, przed odnalezieniem się w tych czasach, przed samym sobą.
Granger dziwnie się czuła, w końcu dostrzegając drugą stronę życia Mafloya. Widziała w jego oczach ból po stracie ojca, który mieszał się z odrobiną satysfakcji. Gubił się w swoich własnych uczuciach, dokładnie jak ona.
Dziewczyna westchnęła głęboko, po czym leniwie wstała, przyglądając się uśpionym już błoniom.
Spędziła w tym miejscu cały dzień, a ani jeden z jej przyjaciół nawet nie zdążył wpaść na to, gdzie się ukrywa. Nawet Blaise.
Owszem doceniała to, iż zatroszczył się o nią poprzedniego wieczoru, że był przy niej, gdy trzymała się gorzej niż sklątka wybuchowa, lecz teraz potrzebowała chwili dla siebie. Musiała w końcu wziąć się w garść.
Zarówno Lucjusz jak i Charlie nie żyli, a ona nie mogła nic na to poradzić. Cały czas miała przed oczami ich martwe twarze, szalony śmiech Bellatrix oraz czerwone oczy Voldemorta.
Wszystko to wydawało jej się tak żywe, że musiała uszczypnąć się w skórę, by wrócić do rzeczywistości.
Chciała zapomnieć, cofnąć czas, ale co by to dało? Musiała przecież grać dobrą minę do złej gry i walczyć o swoje życie.
Jako szlama była bowiem podwójnie zagrożona, bardziej niż reszta czarodziei, więc nie pozostawało jej nic innego, jak brnąć dalej w swoje kłamstwa.
Po chwili zamyślenia żwawym krokiem ruszyła w stronę zamku.
Nie zdawała sobie sprawy, ile czasu minęło od kolacji ani od jej rozmowy z Draconem, lecz zamierzała zachować szczególną ostrożność, by nie napotkać Irytka czy też Filcha.Najciszej jak potrafiła, przedostała się jednym z potajemnych wejść do zamku, po czym powoli pokonywała następne schody, kierujące ją w stronę lochów.
Mimo że była Ślizgonką czasami naprawdę zazdrościła innym domom przytulnych pokoi wspólnych znajdujących się w przytulniejszej części Hogwartu.
Z daleka usłyszała odgłosy nadchodzących kroków, które kierowały się w jej stronę. Hermiona jęknęła w duchu. To niemożliwe, żeby właśnie dzisiaj miała aż tak wielkiego pecha.
- Granger - zanim się obejrzała, niski głos Snape'a przedarł idealną ciszę panującą w zamku - pragnę ci przypomnieć, że jest cisza nocna - warknął, mierząc ją zimnym wzrokiem.
Dziwne było zachowywać się w jego obecności tak normalnie, jak gdyby wydarzenia z poprzedniej nocy wcale nie miały miejsca. Jakby to, co widziała na własne oczy, było tylko figlem wyobraźni. Podziwiała Mistrza Eliksirów, że tak perfekcyjnie wykonywał swoją pracę, lecz z drugiej strony nie mogła uwierzyć w podłość tego człowieka. 
Owszem, nie była o wiele lepsza, ale przynajmniej nie starała się ubliżać Dumbledore‘owi i Potterowi.
- Wiem - odparła jak gdyby nigdy nic. Wiedziała, że teraz nie ma innego wyjścia oraz że żadne tłumaczenia nie usprawiedliwiłyby jej zachowania.
 - Do mojego gabinetu, już! - Severus westchnął głęboko, po czym machnął ręką na znak, by za nim podążyła.
Dopiero po chwili Ślizgonka zauważyła, iż za plecami nauczyciela znajdowała się jeszcze jedna osoba.
- Co ty tutaj robisz, Potter? - syknęła zdziwiona pojawieniem się Wybrańca.
- Lunatykowałem - odpowiedział, siląc się, by jego wypowiedź zabrzmiała dość wiarygodnie. Brązowowłosa nie mogła powstrzymać cichego chichotu.
- Bardzo dobra wymówka - powiedziała szeptem, uśmiechając się. Harry spojrzał na nią zabójczym wzrokiem, który od razu złagodniał, spotykając brązowe tęczówki dziewczyny.
Nie spodziewał się aż tak normalnej reakcji z jej strony. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Hermiona odrobinę różniła się od innych Ślizgonów, lecz dalej nie mógł uwierzyć, iż umiała być aż taka… miła?
Przed kolejną wymianą zdań powstrzymał ich fakt, iż oboje stali tuż przed gabinetem Snape'a.
- Potter, zapraszam. Pannę Granger proszę o czekanie na swoją kolej. - Nauczyciel uśmiechnął się wrednie, co niejednego przyprawiłoby o ciarki.
Brązowooka zdołała posłać jedynie współczujące spojrzenie w kierunku Pottera, a następnie drzwi od gabinetu zamknęły się z trzaskiem tuż przed jej nosem.
Ciemność ogarnęła ją z każdej strony, lecz teraz, o dziwo, nie przeszkadzało jej to. Leniwie usiadła na podłodze, przeklinając w myślach swoją nieostrożność.
Wiedziała, iż czeka ją szlaban, na którego naprawdę nie miała ochoty. Mimo pozorów zazwyczaj starała się trzymać regulaminu szkolnego i naprawdę rzadko kiedy wdawać się w kłopoty. Niestety los chciał, że zazwyczaj działo się na odwrót.
Severus już o to zadbał, by dziewczyna była solidnie ukarana za nawet najmniejsze przewinienie.
Hermiona prychnęła pod nosem. Owszem, miała szacunek do Snape'a, ale to nie zmieniało faktu, iż najchętniej zabiłaby go własnymi rękami.
Teraz, gdy objął posadę nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią, było jeszcze gorzej. Nie było lekcji, na której Slytherin nie straciłby co najmniej 20 punktów za jej zachowanie.
Dziewczyna westchnęła cicho, zastanawiając się, jaka kara czeka ją tym razem. Doskonale pamiętała, jak na swoim pierwszym roku wraz z Zabinim musieli udać się do Zakazanego Lasu za włóczenie się po „niebezpiecznym“ trzecim piętrze.
Na ich szczęście podróż była bardziej zabawna niż przerażająca. Napotkali na swojej drodze kilka centaurów oraz jednego zmarłego jednorożca, którego Hagrid, szkolny gajowy, próbował jeszcze przywrócić do żywych.
Snape'owi jednak nie za bardzo spodobał się fakt, że zamiast okrutnego i strasznego przeżycia, odbyli jedną z najlepszych przygód. Niezadowolony z rezultatów, kazał im przez następne dwie godziny czyścić stare jak świat gabloty.
Hermiona do końca życia nie zapomni, jak Blaise walczył o swoje prawa, co przysporzyło mu jeszcze więcej kłopotów. Na drugi dzień bowiem czekał na niego wyjec od własnej matki, która jasno wyrażała się, by czarnowłosy wykonywał wszystkie polecenia wydawane przez swojego wychowawcę.
Zaśmiała się cicho na samo wspomnienie. Czasami wybuchowy charakter jej przyjaciela doprowadzał ją do szału, lecz w gruncie rzeczy nie mogłaby się bez niego obejść.
Nagle uśmiech znikł jej z twarzy. Nie pamiętała wydarzeń, które miały miejsce po powrocie z Malfoy Manor. Pierwsze wspomnienia pojawiły się dopiero nad ranem, gdy usłyszała trzask drzwi.

Wstała jak oparzona, rozglądając się po całym pokoju, lecz jedyne, co zastała, to mała karteczka położona tuż koło jej łóżka.


Poprosiłem skrzaty domowe, żeby przyniosły ci śniadanie do łóżka koło 10.
Wyśpij się i odpocznij, a ja zajmę się resztą.
Twój najseksowniejszy przyjaciel.“


 Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak egoistycznie się zachowała. Zamiast podziękować Blaise'owi za jego troskę wolała siedzieć cały dzień w samotności i rozmyślać nad problemami, których nie była w stanie rozwiązać. 
- Granger - z zamyślenia wyrwał ją ironiczny głos Snape'a  - zapraszam. - Hermiona bez wahania podniosła się z podłogi, po czym pewnym krokiem weszła do gabinetu, mijając po drodze rozwścieczonego Pottera. 
- Aż tak źle? - mruknęła, lecz w odpowiedzi usłyszała tylko ciche prychnięcie. Zaśmiała się w duchu. Harry Potter był chyba jedyną osobą, nienawidzącą Severusa bardziej od niej. 
- Nie pojawiłaś się dzisiaj na lekcji. - Nauczyciel bez zwlekania przeszedł do rzeczy. 
- Nie czułam się za dobrze -  odparła, siląc się na ironiczny uśmiech. To prawda. Od samego rana czuła się bardzo słabo oraz non stop kręciło jej się w głowie, lecz zwalała to na stres wywołany ostatnimi wydarzeniami. 
Snape spojrzał na nią, nawet nie ukrywając zdziwienia. W odpowiedzi jednak skinął lekko głową. 
- Za tydzień jest oficjalny pogrzeb Lucjusza. Masz się tam pojawić – powiedział, szybko zmieniając temat. 
- Że co proszę? - zdziwiła się Hermiona. Nie mogła sobie wyobrazić, by mogła żegnać człowieka, który tyle lat służył Czarnemu Panu. 
- Nie dyskutuj - przerwał jej ostro profesor. - Taka jest wola Sama-Wiesz-Kogo. Nie masz innego wyjścia - uciął. Dziewczyna westchnęła niezadowolona. 
Nie chciała tam iść. Nie chciała widzieć ponownie martwej twarzy ojca Dracona i zimnej jak lód Narcyzy, która nawet po śmierci swojego męża potrafiła pozostać obojętna. Nie rozumiała również, czemu Voldemortowi tak zależało na tym, by złożyła hołd starszemu Malfoyowi. Czy to nie on własnoręcznie pozbawił go życia?Naprawdę nie miała pojęcia, co siedziało w głowie Czarnego Pana, lecz zapewne miał ku temu jakieś powody.
- To wszystko? - spytała, próbując opanować drżenie głosu, by nie ukazać, jak bardzo dała ponieść się emocjom, które chcąc nie chcąc brały nad nią górę.
- Jutro po meczu będziesz czyścić miotły szkolne przez dwie godziny - powiedział, na co dziewczyna tylko skinęła głową.
Wiedziała, iż nie obejdzie się bez żadnej kary za jej „wybryk", więc nie była za bardzo zdziwiona.
Nie czekając na pozwolenie, zerwała się z krzesła, po czym ruszyła w kierunku drzwi.
- Granger - wywróciła wymownie oczami, słysząc swoje nazwisko - jesteś pewna, że w twojej rodzinie nie ma żadnych mugolaków? - Pytanie Snape'a tak ją zaskoczyło, iż po raz kolejny tego dnia zakręciło jej się w głowie. Podświadomie oparła się jedną ręką o ścianę, próbując uspokoić swoje rozszalałe serce.
Po kilku sekundach spojrzała niepewnie na nauczyciela, który widocznie był z siebie bardzo zadowolony.
- Tak - odparła bez wahania, a następnie opuściła gabinet.
Dłonie drżały jej jak szalone, a w głowie pojawiła się tylko jedna myśl.
ON WIE.



~Draco~

Następnego ranka Draco był jednym z pierwszych uczniów, którzy zasiedli w Wielkiej Sali. Szczerze powiedziawszy, nie było tutaj nikogo oprócz jednej Krukonki, która non stop nerwowo spoglądała w jego kierunku speszona jego towarzystwem.
W tym momencie było mu to jednak obojętne.
Dzisiejszej nocy bowiem nie zmrużył oka, cały czas myśląc o wydarzeniach z poprzedniego dnia. W dodatku list dostarczony przez ich domową sowę wcale nie polepszał sprawy.
Pierwszy raz od ponad sześciu lat jego matka dobrowolnie nawiązała z nim kontakt. Przez jedną chwilę nadzieja zapłonęła w jego sercu, że może dzięki śmierci Lucjusza coś się polepszy. Niestety jednak po przeczytaniu króciutkiego tekstu wszystkie złudne myśli ponownie stanęły w płomieniach.
Za równy tydzień miał odbyć się oficjalny pogrzeb starszego Malfoya, na którym jako prawowity dziedzic fortuny powinien się ukazać.
Na samą myśl miał ochotę głośno prychnąć. Miał gdzieś, co stanie się z pieniędzmi ojca. W swojej skrytce w banku Gringotta miał wystarczająco złota, by żyć w dostatku do końca jego dni.
Mimo to wiedział, że będzie musiał pokazać się na tej całej szopce. Nie chciał bowiem stać się główną atrakcją dla Proroka Codziennego, tym samym znowu lądując na głównej stronie.
Doskonale wiedział, iż Rita Skeeter nigdy w życiu nie odpuściłaby okazji ukazania Dracona jako złego, wyrodnego syna. Kobieta od zawsze szukała sensacji i zawzięcie męczyła jego rodzinę.
Gdy w końcu wziął ostatni łyk kawy, leniwie udał się na boisko Quidditcha, gdzie za kilka godzin miał odbyć się mecz decydujący o tym, która z drużyn, Slytherin czy Gryffindor, zawalczy w finale.
Nie miał zamiaru dalej użalać się nad sobą i postanowił dać z siebie wszystko, by jego dom wygrał.
Musiał przecież skoncentrować się na czymś innym, by nie zwariować.
To był jego sposób na radzenie sobie z problemami. Zamiast je zwalczać, z całej siły starał się je ignorować.
Dzisiejsza pogoda niezbyt dopisywała idealnym warunkom do grania. Draco doskonale widział nadciągającą z daleka wichurę śnieżną, lecz ani myślał o tym, by zrezygnować ze swoich planów.Takiego samego zdania była zresztą sama McGonagall, która specjalnie na tę okazję odwołała piątkowe zajęcia.
Poczuł, jak zimne poranne powietrze dociera do jego nozdrzy, wywołując na całym ciele dreszcze.
Jako jeden z nielicznych uczniów w Hogwarcie uwielbiał wstawać o poranku, by móc rozkoszować się ciszą i spokojem otaczającym cały zamek. Dlatego właśnie nie odczuwał ani krzty zmęczenia i przywołując swoją miotłę, powoli zaczął się rozgrzewać.
Gdy tylko jego stopy przestały dotykać ziemi, od razu poczuł ulgę. Miał wrażenie, jakby wszystkie jego problemy odlatywały bezpowrotnie. Teraz liczył się tylko on i jego pasje. Jego zamiłowania i marzenia.
Nigdy nie zastanawiał się szczególnie nad swoją przyszłością. Szczerze powiedziawszy, nie miał pojęcia, jaki zawód byłby odpowiedni dla niego z taką reputacją. Większość znajomych widziała go w pracy aurora, lecz on nigdy nie czuł się stworzony do tej roboty. Wolał robić coś, dzięki czemu ludzie w końcu zaczęliby zauważać, że mimo jego przeszłości dalej może być człowiekiem szanowanym i wzbudzającym podziw.
Niestety jednak za bardzo przejmował się dniem dzisiejszym, żeby móc robić jakiekolwiek plany. Zresztą nawet nie wiedział, czy dożyje jutra.
Tylko Quidditch dawał mu poczucie, iż może osiągnąć wszystko.
Nieświadomie pomyślał o czekoladowych oczach pewnej Gryfonki, które wydawały mu się tak cholernie tajemnicze i niedostępne. Nie wiedzieć czemu, ale ten widok nękał go już od pewnego czasu.
Postanowił jednak szybko odgonić od siebie to wyobrażenie, próbując skoncentrować się na dzisiejszej wygranej.
Po godzinie, gdy w końcu odczuł już lekki dreszczyk adrenaliny i zmęczenia, zauważył na dole malutką postać zbliżającą się w jego stronę.
Przez pierwszą chwilę myślał, iż to jeden ze Ślizgonów raczył dotrzymać mu towarzystwa, rzucając w jego stronę tysiąc obelg, lecz po dłuższym zastanowieniu rozpoznał w wirującym na około śniegu charakterystyczną czuprynę swojego przyjaciela.
Zaśmiał się sarkastycznie, gdy Błyskawica Bliznowatego zachwiała się lekko pod wpływem ostrego wiatru.
- Ćwiczysz do baletu, Potter? - spytał ironicznie, uśmiechając się przy tym zadziornie.
- Nienawidzę zimy - warknął Wybraniec, próbując powstrzymać drżenie rąk.
- Jak tam u Dumbledore‘a? - Blondyn postanowił zignorować wypowiedź Pottera i zająć się ważniejszymi sprawami.
Nie mieli jeszcze bowiem okazji porozmawiać o wczorajszej wizycie Harry‘ego u dyrektora, razem z którym przemierzali najbardziej odległe i tajemnicze wspomnienia samego Toma Riddle‘a.
- Już wiem, czemu tak bardzo zależało mu na tym, bym polepszył stosunki ze Slughornem - odparł, co Draco skwitował cichym okrzykiem zwycięstwa.
- Mówiłem ci przecież, że czegoś od ciebie chce - powiedział wyraźnie zadowolony z siebie. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż pomoc oferowana przed Dumbledore'a nie jest zupełnie bezinteresowna.
-  Mam wydobyć prawdziwe wspomnienie o horkruksach - wykrztusił w końcu Okularnik, czym odrobinę zszokował Malfoya.
- Widać, że Drops postradał zmysły - zażartował kiepsko. – Jak, na Merlina, ma ci się tu udać? - spytał retorycznie.
Potter jedynie wzruszył ramionami, po czym nie czekając na blondyna, odleciał pędem, kierując się ku ziemi, gdzie cała drużyna czekała już w pełnej mobilizacji.
Gryfon westchnął głęboko. Czas pokazać, na co go stać.



~Hermiona~

Hermiona musiała przyznać, że półfinałowy mecz był jednym z najbardziej brutalnych i ekscytujących spotkań, jakie odbyły się w ciągu sześciu lat, w których uczęszczała do Hogwartu.
Gdziekolwiek spojrzała, widziała zabójcze spojrzenia Ślizgonów i zaciętość Gryfonów starających się zachować zimną krew.Niestety obie drużyny żywiły do siebie tak ogromną nienawiść, iż ciężko było tego nie zauważyć.
Granger nie na darmo przeczytała milion książek o Quidditchu, by teraz przyglądać się z opanowaniem całemu spotkaniu. Niestety jednak nic nie mogła poradzić, gdyż doskonale zdawała sobie sprawę, że w tym sporcie prawie wszystko było dozwolone.
Naprawdę nie rozumiała, jak uczniowie mogli dobrowolnie wsiadać na miotły. Wydawało jej się to tak ryzykowne, jak samo spotkanie z Czarnym Panem.Nienawidziła wysokości oraz braku kontroli nad swoimi czynami. Zdecydowanie wolała stąpać pewnie po ziemi.
Mimo swojego przekonania jeszcze nigdy nie opuściła żadnego meczu Slytherinu, by wspierać Blaise'a, który już w trzeciej klasie dołączył do drużyny w roli szukającego. Zawsze podziwiała go za spokój oraz opanowanie, podczas gdy latał wysoko w przestworzach, nie tracąc przy tym zdrowego rozsądku.
W tym jednak momencie wydawało się, iż Zabini próbował z całej siły zapanować nad całą sytuacją.
Nie widziała już ciepłego i kochającego chłopaka. Teraz miała przed sobą lidera i przywódcę, który doskonale zdawał sobie sprawę z tego, czego chce.
Hermiona musiała przyznać w duchu, iż bardzo jej tym zaimponował. Do tej pory nie miała okazji, by podziękować mu za wszystko, co dla niej zrobił.
Gdy wczoraj po przerażającej konwersacji ze Snape'em wróciła do dormitorium, zastała go śpiącego w jej łóżku. Nie miała serca go budzić, więc jedynie wślizgnęła się obok niego i również oddała się w objęcia Morfeusza.
Nad ranem jednak obudziła się sama, co nie za bardzo ją zdziwiło. Blaise od zawsze poświęcał się dla Quidditcha, a ona nie miała mu tego za złe. Czasami nawet zazdrościła mu pasji.
- Kolejne 10 punktów dla Gryffindoru! - Głos komentatora w końcu przywrócił ją na ziemię.
Jęknęła cicho, zaciskając palce na swoim szmaragdowym szaliku, po czym spojrzała w stronę ścigającego z drużyny Lwa.
Nawet z takiej odległości mogła rozpoznać platynowe włosy Dracona, który był tak skupiony na grze, iż ledwo zauważył wiwaty wywołane jego grą. Jako jedyny z całej drużyny wydawał się być spokojny i skoncentrowany na wygranej.
Nie wiedzieć czemu, nagle przed oczami stanęła jej ich rozmowa sprzed kilkunastu godzin. Pamiętała dokładnie jego stalowe oczy, które zdawały się przecinać ją na wskroś oraz ostry wyraz twarzy.
Ślizgonka musiała przyznać, iż od tamtej pory nie miała pojęcia, jak traktować Gryfona. Zdawała sobie sprawę, iż odrobinę uraziła jego dumę, lecz nie miała żadnych wyrzutów sumienia. Owszem, z nieznanych jej powodów dała ponieść się emocjom i wykrzyczała mu czystą prawdę w oczy. Nie wiedzieć czemu, nie potrafiła ukrywać swoich myśli przed Draconem. Czasami naprawdę miała wrażenie, iż dzieli z nim więcej, niżby przypuszczała.
Odganiając od siebie te myśli, zaczęła obserwować Gryfona poruszającego się z wielką gracją, który za wszelką cenę próbował unikać tłuczków. Wydawało się, iż chłopak nie widział nic innego poza boiskiem do gry, a panująca śnieżna wichura zdawała się w ogóle go nie ruszać.
Wszyscy dookoła zapewne podziwiali jego upór oraz samozaparcie, lecz ona doskonale zdawała sobie sprawę, jak bardzo przeżył śmierć swojego ojca.
W porównaniu do Weasleyówny, która robiła z siebie ofiarę na każdym kroku, blondyn wolał być silny. Na twarzy Ślizgonki pojawił się maluteńki uśmiech.
Gdy Malfoy ponownie znalazł się na prowadzeniu, wydawało się, że żaden z zawodników nie może go zatrzymać. Po chwili Gryffindor zyskał kolejne 10 punktów.
- Dzisiejszy dzień należy do Dracona! Drużyna będzie musiała podziękować mu za zdobycie 200. punktu! - Wiwatów ze strony czerwonych trybunów nie było końca, a połowa Ślizgonów wydawała się być załamana zaistniałą sytuacją.
Hermiona jednak zbytnio się nimi nie przejmowała.
Z zapałem oglądała poczynania blondyna, który próbował przechwycić piłkę od Theodore‘a Notta. Niestety ten, zważając na jego posturę, odepchnął gwałtownie przeciwnika, sprawiając, iż Gryfon zakołysał się niebezpiecznie na miotle.
Hermiona spojrzała zdziwiona na dwójkę odwiecznych wrogów, którzy wydawali się zawarcie o coś kłócić. Nie rozumiała, jak w takiej sytuacji mogą pozwolić sobie na zaczepki. W tym momencie przecież liczyła się tylko wygrana. Dopiero po kilku sekundach Gryfonowi udało się postawić na swoim. Trzymając kafla w swojej lewej ręce, ruszył wprost  na obrońcę. Nawet nie wiedziała kiedy, Goyle pojawił się tuż przed Malfoyem, by wymierzyć mu potężny cios w nos.
Ślizgonka wstrzymała oddech, nie mogąc uwierzyć w brutalność tej gry. Nie spodziewała się, iż ten dureń aż tak znokautuje Dracona.
Serce zabiło jej szybciej, gdy blondyn odchylił głowę do tyłu i o mało co nie spadł z miotły. W pierwszym momencie miała ochotę pobiec do niego i starać się jakoś załagodzić jego ból. Znała przecież tyle zaklęć oraz formułek, które były przydatne w takich wypadkach.
Chwilę później jednak zdała sobie sprawę ze swoich myśli, co wywołało u niej ciche prychnięcie. Od kiedy tak bardzo przejmuje się swoim wrogiem?
Ponownie spojrzała w stronę boiska, gdzie teraz odbywał się istny chaos.
Szarooki ledwo co trzymał rączkę swojej Błyskawicy, lecz dalej dzielnie próbował brnąć do przodu. Niestety kafel powoli wyślizgiwał mu się z dłoni, co nie uszło uwadze Goyle'a, który w następnej sekundzie ponownie uderzył w przeciwnika.
Gryfoni wrzasnęli z oburzenia i nawet sam Potter podleciał w kierunku swojego przyjaciela. Zanim jednak ktokolwiek zdołał coś zrobić, gwizdek pani Hooch zagłuszył wszystkie krzyki. Hermiona odetchnęła z ulgą. Zabini złapał znicz.



~Draco~

- REMIS? REMIS? - krzyczał Ritchie Coote, jeden z pałkarzy w drużynie Gryffindoru.
- Żądam powtórki! - powiedziała zbulwersowana Ginny Weasley, która prawie że wychodziła z siebie.
- Przeklęci Śmierciożercy. - Ron również dorzucił swoje trzy grosze.
Draco jednak ledwo co słyszał ich oburzenia oraz skargi na temat meczu. Jedyne co czuł, to cieknąca krew wprost z jego głowy. Nie pamiętał dokładnie, kto sprawił mu taką makabrę na boisku, lecz, szczerze powiedziawszy, było mu to obojętne.
Ten mecz był dla niego okazją, by w końcu odreagować cały stres. Nie obchodził go wynik. Był z siebie bardziej zadowolony niż cała drużyna, która nawet nie zważała na to, iż prawie stracił przytomność.
Wszyscy czekali teraz niecierpliwie na Pottera, który dyskutował zawzięcie z McGonagall. Znając Minervę, zażąda powtórki meczu i sprawiedliwego wyniku.
Jęknął cicho, po czym usiadł na jednej z ławek. Wszystkie emocje powoli zaczynały go opuszczać, co przysporzyło mu jeszcze większy ból głowy. Nie mógł się doczekać momentu, w którym w końcu będzie mógł oddać się we władania Morfeusza.
Niestety jednak nie zapowiadało się, by w najbliższym czasie znalazł się sam w swoim dormitorium. Gryfoni, bez względu na wynik, mieli zamiar świętować całą noc, a on nie był w nastroju na jakiekolwiek imprezy. Musiał jakoś to przetrwać.
Gdy kilka minut później Potter przekroczył próg szatni, każdy z wyjątkiem Dracona wręcz rzucił się w jego stronę. Po chwili gwaru Bliznowatemu udało się uciszyć swoją drużynę, która wyczekiwała jakichkolwiek wiadomości.
- Za miesiąc gramy z Ravenclawem - oznajmił Okularnik, na co wszyscy wydali z siebie entuzjastyczny okrzyk. Nawet Malfoy uśmiechnął się do siebie z ulgą. - A za dwa kolej Ślizgonów - dokończył.
- Że co? - tym razem blondyn sam zabrał głos. Nie miał zamiaru ponownie mierzyć się z tym gorylem.
- McGonagall stwierdziła, że najlepszym rozwiązaniem jest starcie obojgu drużyn przeciwko Krukonom.  - Draco widział, jak jego przyjaciel z całej siły stara się zachować spokój, lecz nie był w stanie ukryć swoich emocji.  Nawet mu się nie dziwił. Sam ledwo co mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
Chyba jeszcze nigdy w historii Hogwartu nie było takiego rozstrzygnięcia meczu. Ba! Rzadko kiedy jakiekolwiek spotkanie kończyło się remisem.
Malfoy naprawdę starał się zrozumieć postępowanie Albusa i opiekunki Gryffindoru, lecz nie było to możliwe. To przecież jasne, iż gdyby nie Goyle, który zwalił go prawie z miotły, Potter złapałby znicz szybciej niż Zabini.
Mimo to zdawał sobie sprawę, że nie zmieni decyzji, jaka zapadła.
Po kilku przekleństwach, obelgach i wyżaleniach każdy powoli zaczął opuszczać szatnię w nie najlepszym humorze.
Ginny łaskawie odczekała kilka minut, lecz szybko ją spławił, tłumacząc, iż woli pobyć sam. Dziewczyna nawet nie wydawała się zbyt zdziwiona tym postępowaniem i jak gdyby nigdy nic ruszyła z powrotem do swojego dormitorium.
Blondyn miał ochotę splunąć jej w twarz. Dzień po śmierci brata Wiewióra  nie okazywała ani krzty współczucia. Owszem, w chwilach, gdy inni uczniowie przychodzili, by złożyć jej kondolencje, na jej twarzy przez kilka minut można było odczytać smutek, lecz za dobrze ją znał, by w to uwierzyć.
Mógł się założyć, że ledwo przyjęła tą wiadomość do siebie. Ostatnimi czasy była za bardzo skoncentrowana tylko i wyłącznie na sobie, by zauważyć coś tak oczywistego jak śmierć.
Przez myśl przeszła mu Molly oraz reszta rodziny, która zapewne opłakiwała Charliego z należytym szacunkiem.
Przez chwilę poczuł coś w rodzaju współczucia. Nikt z rodziny Weasleyów nie zasługiwał na to, by zginąć z ręki Voldemorta, nawet Ginny.
Szybko odgonił od siebie te myśli, po czym leniwym krokiem udał się w stronę pryszniców. Nie miał zamiaru wracać do pokoju wspólnego Gryffindoru, przynajmniej nie teraz.
Gdy pierwsze strumienie gorącej wody obmyły jego ciało, poczuł natychmiastową ulgę. Mimo iż ból głowy nadal nie ustępował, miał wrażenie, jakby cały stres poprzedniego oraz dzisiejszego dnia go opuszczał.
W końcu przez chwilę miał czas tylko i wyłącznie dla siebie, co miał zamiar wykorzystać. Wiedział, że gdy tylko wróci do dormitorium, Gryfoni zasypią go gratulacjami z powodu jego gry. Niestety mało co pamiętał z tego wydarzenia.
Jedyne, na czym się koncentrował, było pokazanie się z jak najlepszej strony. Dał ponieść się adrenalinie oraz werwie, która siedziała w nim od kilku dni, w których jego życie nabrało niebezpiecznego zwrotu akcji. Dlatego właśnie Goyle wykorzystał nierozważną grę Gryfona. Za remis mógł winić tylko i wyłącznie siebie.
Nie żałował jednak swojego postępowania. Teraz przynajmniej pozbył się odrobinę negatywnych emocji. Mimo to wciąż mu było mało. Miał ochotę zniszczyć wszystko, co stanęło mu na drodze, byle tylko nie czuć tego tępego pulsowania w klatce piersiowej.
Na moment zamknął oczy i pozwolił, by woda obmyła mu twarz. Musiał się uspokoić i przywrócić wszystko do normy, która panowała już od sześciu lat. Nie pozwoli na to, by śmierć ojca zawładnęła jego życiem.
Ze swoich przemyśleń wyrwał go donośny huk spadających mioteł. Uniósł jedną brew do góry, a następnie wyskoczył spod prysznica oraz założywszy PS na siebie pierwsze lepsze ubrania, przekroczył próg szatni.
Już z oddali mógł usłyszeć przekleństwa oraz skargi pewnej Ślizgonki, która za wszelką cenę próbowała poradzić sobie ze starą jak świat szkolną miotłą.
Musiał przyznać, iż ten widok był przekomiczny. Miał wrażenie, że Hermiona Granger zaraz wyjdzie z siebie. Jej zazwyczaj ułożone włosy teraz stały na wszystkie strony, co dodawało jej niezwykłego uroku, którego nawet on nie mógł jej odmówić.
Uśmiechnął się do siebie krótko, po czym skinieniem ręki sprawił, iż miotła podleciała w jego kierunku.
Widział zdziwienie na twarzy brązowowłosej, gdy w końcu ujawnił swoją obecność.
- Powoli zaczynam myśleć, że mnie śledzisz - powiedział ironicznie, na co dziewczyna cicho prychnęła.
- Nie schlebiaj sobie - rzuciła lekceważąco, po czym jak gdyby nigdy nic zaczęła czyścić zaklęciami kolejne miotły.
Przez chwilę zapadła niezręczna cisza, przerywana jedynie przekleństwami Ślizgonki.
Ani Draco, ani Hermiona bowiem nie wiedzieli, jak poradzić sobie z sytuacją, w której się znaleźli.
Po wczorajszej rozmowie nie żywili do siebie zbyt pozytywnych uczuć.
On uważał ją za zwykłą Śmierciożerczynię, a ona go za tchórza. W tym wypadku chyba nigdy nie miało się nic zmienić.
W końcu byli wrogami, próbującymi unikać się tak często, jak się dało. Przypadek jednak chciał, by ostatnimi czasy napotykali się na siebie częściej niż połowa uczniów w Hogwarcie.
Malfoy nie wiedział, co myśleć o brązowowłosej. Szczerze powiedziawszy, gwarantowała mu zamęt w głowie oraz masę negatywnych emocji.
Mimo to podczas meczu zauważył czekoladowe oczy, które z przerażeniem obserwowały jego poczynania.
Nie wiedzieć czemu, dodawało mu to jeszcze więcej motywacji oraz adrenaliny, by pokonać Ślizgonów, którzy jak na złość jeszcze bardziej zaczęli utrudniać mu drogę do zdobycia kolejnych punktów. Nawet sam Nott zauważył wzrok Granger posyłany w kierunku Gryfona.

- Wiewióra chyba nie spełnia twoich wymagań w łóżku, że startujesz do dziewczyny Zabiniego. - Jego słowa aż ociekały jadem oraz satysfakcją, spowodowaną faktem, że udało mu się chociaż na sekundę oderwać Dracona od gry.
Blondyn poczuł, jak dreszcze wściekłości przechodzą przez całe jego ciało.
- To, że zadaje się ze Śmierciożercami, nie znaczy, że sama musi tak skończyć - odparł, zanim zdążył się powstrzymać.

Na samo wspomnienie tego wydarzenia, wzdrygnął się ledwo zauważalnie. Z nieznanych mu powodów, postanowił obronić Granger przed jej własnym rówieśnikiem. Teraz, spoglądając ponownie w oczy Ślizgonki, uświadomił sobie, iż z każdym dniem wiedziała o nim coraz więcej, co nie za bardzo przypadło mu do gustu.
Odganiając od siebie te przerażające myśli, podszedł w stronę Hermiony, by sięgnąć po środki czystości przeznaczone wyłącznie dla starych szkolnych mioteł. 
Osobiście nie mógł sobie wyobrazić latania na takim gniocie, jakim była Kometa 140. Mimo że stracił szacunek swojej rodziny, ojciec nigdy nie pozwalał mu być gorszym. 
Gdy w wieku 15 lat dostał się do drużyny, niespodziewanie, podczas śniadania, szkolna sowa przyniosła mu niespotykany prezent. 
Nowiuteńka Błyskawica z jego wygrawerowanym imieniem po lewej stronie aż kusiła, by udowodnić całemu światu, że to właśnie on - Draco Malfoy - dostał coś, o czym większość mogła tylko marzyć. Wtedy bowiem pozwolił sobie na namiastkę nadziei, że może jednak nie stracił wszystkiego. 
Jakże głęboko się mylił, gdy okazało się, iż starszy pan Malfoy ponownie prosił swojego pierworodnego o dołączenie do grona
Śmierciożerców . Doskonale pamiętał, jak przez godzinę starał się z całych sił opanować swoje emocje, które doprowadziły go do zdemolowania połowy własnego dormitorium. Z biegiem czasu zrozumiał, iż wybuchy złości w niczym mu nie pomogą. 
Przez sekundę pozostał w błogiej nieświadomości danego wspomnienia, lecz pulsujący ból w klatce piersiowej przywrócił go na ziemię. 
Lucjusz nie żyje. Już nigdy nie zaskoczy go jakimkolwiek prezentem lub choćby znakiem, że mimo wygnania własnego syna, dalej zależy mu na przywróceniu go do łask Czarnego Pana. 
Draco na daną chwilę sam nie wiedział, co było lepsze. Świadomość, iż ojciec próbuje okazać krztę zainteresowania przez drogie upominki, czy fakt, że już nigdy w życiu go nie zobaczy. 
Przeklął siarczyście pod nosem, ganiąc się za tak bezsensowne przemyślenia, po czym bez namysłu zaczął polerować rączkę starej miotły. 
- Nie musisz tego robić - powiedziała Hermiona, która ukradkiem cały czas obserwowała Gryfona. Mimo jej upartości nie mogła wytrzymać w tej coraz bardziej dołującej ciszy. 
Poza tym to był w końcu jej szlaban. Ona - i tylko wyłącznie ona -  powinna wykonywać te czynności. Od zawsze była osobą pracowitą, więc z dumą potrafiła przyjąć każdą karę, jaka na nią spadła. 
- Widząc twoje poczynania, nie pozwolę ci jeszcze bardziej maltretować tych mioteł - odparł złośliwie. Prawda była jednak taka, iż tylko szukał pretekstu, by móc chociażby jeszcze przez te kilkanaście minut pobyć sam. 
Panna Granger prychnęła głośno jak rozjuszona kotka. Nienawidziła, gdy ktoś zarzucał jej, że jest w czymś słaba. To prawda, może nie umiała latać tak dobrze jak Malfoy, ale nie po to przeczytała kilkanaście książek na temat tej bezdusznej gry, by teraz wysłuchiwać obelg, że nawet nie umie dobrze wypolerować starej Komety. 
- Sama sobie doskonale poradzę - burknęła, próbując wyrwać miotłę z ręki Dracona, który na jej starania zaśmiał się ironicznie. Mimo to nawet nie protestował, gdy dziewczynie udało się dopiąć swego. 
Niestety, jej gwałtowne ruchy sprawiły, iż przedmiot wystrzelił w powietrze, taranując wszystko na swojej drodze. 
Hermiona pisnęła przerażona, czym prędzej szukając jakiejś kryjówki. Niewiele myśląc, z całej siły chwyciła się ręki swojego wroga. 
Malfoy spojrzał na nią lekko zdezorientowany jej poczynaniami, lecz nie miał zamiaru odpychać dziewczyny od siebie. W jakimś stopniu dotyk brązowookiej sprawił, iż po całym jego ciele rozeszło się, nieznane mu dotąd, dziwne ciepło.
Poza tym, pomijając to tajemnicze uczucie, od dawna nie miał takiego ubawu jak teraz. Obserwując wystraszoną Ślizgonkę, nie wiedział, czy się śmiać czy płakać. Nigdy w życiu nie pomyślałby, że młoda czarownica spanikuje na widok nieokiełznanej miotły. Oczywiście znał doskonale zaklęcie, które sprowadziłoby przedmiot z powrotem na ziemię, ale był ciekaw, jak panna Ja-Wiem-Wszystko zapanuje nad sytuacją. 
- I co teraz? -  krzyknęła Granger, całkowicie tracąc kontrolę.
Gryfon ledwie co powstrzymał uśmiech. Używając swojego całego talentu aktorskiego, przybrał na siebie maskę przerażenia, po czym jednym ruchem pociągnął Ślizgonkę w stronę jednej z szafki, za którą mogli się ukryć. 
Po kilku sekundach stali już w bezpiecznej odległości od grasującej Komety, która siała zamęt w całej szatni. 
- Musimy zawołać jednego z nauczycieli - odparł z powagą w głosie. - Ostatnio ta sama miotła zraniła Wieprzeleja tak, że wylądował w Skrzydle Szpitalnym - dodał. Nawet nie skłamał. Co prawda, Ron spadł z miotły tylko i wyłącznie z własnej głupoty, lecz zgrabnie udało mu się pominąć ten fakt. Hermiona jęknęła cicho. - Nie martw się, za chwilę wrócę - kontynuował. 
Przerażenie, jakie wymalowało się w oczach jego towarzyszki, sprawiło, iż przez chwilę poczuł coś na kształt wyrzutów sumienia.
- Chcesz mnie tutaj zostawić? - szepnęła, podskakując nerwowo za każdym razem, gdy miotła napotykała na swojej drodze jakieś przeszkody.
- Poradzisz sobie - odparł jak gdyby nigdy nic i powoli ruszył w stronę wyjścia.
Nie spodziewał się jednak, że dziewczyna z całej siły przyciągnie go do siebie, tym samym zmniejszając dystans między nimi do paru centymetrów.
Chociaż oboje wiedzieli, iż była to bardziej reakcje na panikę panny Granger, oboje poczuli się dość nieswojo, ale zarazem przyjemnie.
Przez ciało Dracona przeszło milion dreszczy, gdy brązowe oczy Hermiony spotkały się z jego wzrokiem.
Nie wiedział, jak to jest poczuć wszystkie przytłaczające uczucia na raz. Złość, smutek, przygnębienie, ale również nadzieję oraz to nieznane ciepło rozchodzące się po całym ciele. 
Nie wiedział, jak to jest, gdy w jednej chwili masz wrażenie, jakby nie istniało nic więcej poza nim… nim i tą tajemniczą Ślizgonką, która również nie wiedziała, jak ma się zachować. 
- Granger - mruknął, a jego wzrok mimowolnie zjechał na jej usta. Doskonale zdawał sobie sprawę, że będzie żałował... Że na drugi dzień z całej siły będą starali się zapomnieć o tym wydarzeniu. W tej chwili czuł się jednak zdolny do wszystkiego. Wreszcie poczuł, iż podejmuje właściwą decyzję. 
Niespodziewanie, wszystkie emocje wyparowały tak szybko, jak się pojawiły. Tępy ból w skroni sprawił, że Malfoy ledwo co powstrzymał krzyk. 
Nie miał pojęcia, co się z nim działo. Jego serce biło w oszalałym tempie, a wzrok zdawał się zawodzić z każdą sekundą coraz bardziej. 
Opadając z sił, zsunął się powoli na posadzkę. Mimo bólu z całej siły starał się zarejestrować jeszcze jakiekolwiek szczegóły. Jednak jedynym, co w tej chwili widział, była ona - leżąca bezwładnie na podłodze otoczona krwią, która powoli spływała z jej nadgarstka. 
Jęknął donośnie, gdy spróbował odczytać napis formujący się na skórze Ślizgonki. 
- Szlama - szepnął, całkowicie tracąc przytomność.








czwartek, 9 kwietnia 2015

Rozdział II


- Jesteś pewna, że chcesz tam iść? - Opiekuńcza dłoń Blaise'a objęła drobną brunetkę, która starała się z całych sił opanować drżenie swoich rąk.
- Oczywiście - odparła pewnie. Nie chciała pokazać brunetowi, iż tak naprawdę bała się jak cholera. Miała wrażenie, że jej serce zaraz wyskoczy z klatki piersiowej i zacznie naśmiewać się z jej głupoty.
Przecież zawsze tego chciała. Należeć do najlepszych z najlepszych. Teraz, dostając osobiste zaproszenie od Śmierciożerców, ani trochę nie czuła się wyróżniona.
Nie miała również pojęcia, jak się o niej dowiedzieli. Przecież poza Hogwartem była nikim. Zwykłą szlamą, wstydzącą się własnych korzeni. Tylko tutaj, w tym zamku, próbowała pokazać się z innej strony.
Jak widać, informacje szybko docierają do ludzi z zewnątrz.
- Wiesz, że nie musisz tam iść. - Zmartwione oczy Zabiniego napotkały wzrok Hermiony, która speszona szybko odwróciła głowę.
Nawet nie wiedziała, czemu powiedziała mu o zaproszeniu. Przecież powinna zachować to dla siebie, chociażby zważając na własne bezpieczeństwo.
Niestety prawda była taka, iż nieważne, jak bardzo się starała, nigdy nie umiała okłamać Diabła. Był jej jedyną rodziną. Domem, którego tak cholernie jej brakowało. Potrafił ją wspierać, jak i zrozumieć, co dla niejednego byłoby wielkim wyzwaniem.
- Ale chcę - sprzeciwiła się energiczne. Mimo iż oboje wiedzieli, że dziewczyna kłamie, Ślizgon przytaknął tylko smutno głową, podchodząc nieco bliżej do swojej przyjaciółki, która, widząc te poczynania, od razu cofnęła się krok.
Zwierzyła mu się, to prawda, ale wciąż była na niego zła za zaistniałą niedawno sytuację.

*
Gdy lekcje dobiegły końca, brązowowłosa od razu udała się do prywatnego dormitorium Blaise'a, mając nadzieję, iż jej przyjaciel właśnie tam zaciągnął swoją dzisiejszą zdobycz.
Nie myliła się za bardzo, lecz szokiem było dla niej, kogo właściwie tam zobaczyła. Korzystając z okazji, iż drzwi były lekko uchylone, z niedalekiej odległości zaczęła przyglądać się całej sytuacji.
Ginny Weasley siedziała wygodnie na kolanach Diabła, który bawił się jednym z jej kosmyków, całując ją przy tym łapczywie w szyję.
- A co z Granger? - spytała ruda ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Teraz liczysz się tylko ty - mruknął do niej, po czym powoli ściągnął z niej szkolny mundurek.
*

Hermiona powoli wróciła do rzeczywistości. Była pewna, iż Blaise wiedział, czemu reagowała teraz w taki sposób na jakąkolwiek próbę zbliżenia się do niej.
Nie miała pojęcia dlaczego, ale ta sytuacja odrobinę ją zabolała. Dlatego właśnie teraz wolała trzymać się na dystans, by jeszcze bardziej nie dać ponieść się emocjom.
Była już przyzwyczajona do sytuacji, gdy Zabini wciskał każdej panience kit, iż jest jedyną dziewczyną, która się liczy, lecz teraz… teraz czuła się zdradzona.
- Miona… - zaczął powoli.
- Nie musisz się tłumaczyć, Diable - przerwała mu dość ostro, posyłając w jego stronę ironiczny uśmiech. - Nie martw się, jak wyjdę, możesz dalej zajmować się swoją rudą zdrajczynią - odparła.
- Nie robię tego dobrowolnie – odpowiedział, a w jego oczach można było dostrzec iskierki gniewu.
- Oczywiście - prychnęła ze złością. - Bo ktoś ci każe sypiać z największą dziwką w Hogwarcie - warknęła i nie czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia, ruszyła w stronę wyjścia.
Nagle poczuła gwałtowne szarpnięcie za rękę, a następnie, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, ich usta połączyły się w pocałunku, który, o dziwo, nie zawierał w sobie żadnej namiętności.
Granger poczuła, jak po całym ciele przechodzą ją dreszcze. Jeszcze nigdy Ślizgon nie okazał jej tyle czułości jak teraz. Zamiast zachłannego dotyku, przyciągnął ją pewnie do siebie, rozkoszując się bliskością.
- Hermiona - powiedział z wyraźnym bólem w głosie, gdy chwilę później oderwał się od przyjaciółki.
- Wiem – powiedziała, a w jej oczach pojawiły się łzy.
Chłopak skinął tylko lekko głową, pozwalając dziewczynie wtulić się w niego.
W tej chwili nie istniało nic więcej. Tylko oni, dwójka młodych ludzi, zupełnie nieświadomi tego, iż to ostatnie chwile, jakie mieli okazję spędzać razem.


~Draco~

Draco nigdy nie należał do cierpliwych osób. Cenił sobie punktualność i nienawidził, gdy ktoś kazał 
na siebie czekać. Ponadto, jeżeli chodziło o osoby, które ledwie co trawił, jego gniew jeszcze bardziej wzrastał.
Dlatego teraz, siedząc niecierpliwie na wieży astronomicznej, prawie wychodził z siebie. Panna Granger spóźniała się już dobre diesięć minut, co dla blondyna było wręcz niepojęte.
Sam nie wiedział, czemu tu jest i dlaczego tak bardzo przejął się wiadomością od Śmierciożerców.Już po kilku sekundach postanowił zignorować ich zaproszenie, lecz nie miał pewności, czy Ślizgonka podjęła taką samą decyzję.Dlatego też wolał się upewnić, że dziewczyna nie robi żadnego głupstwa. Ze sługami Czarnego Pana nie było żartów, doskonale o tym wiedział.Za czasów jego dzieciństwa miał okazję poznać kilku zwolenników Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać i nie wspominał tego za dobrze. Najprościej rzecz ujmując, jedyne, co pamiętał, to lejąca się krew i zaklęcie Cruciatus rzucane na niewinnych mugoli.
Postanowił nie informować Pottera o propozycji, jaką dzisiaj dostał. Wiedział bowiem, jak Okularnik zacząłby się przejmować losem Granger, a tego wolał uniknąć.
Mieli ważniejsze sprawy na głowie, takie jak dowiedzieć się czegoś o horkruksach czy o Księciu Półkrwi.Sprawę Ślizgonki wolał wziąć na siebie. W pewnym stopniu czuł się do tego zobowiązany. Zebranie odbywało się w jego domu, pod nadzorem JEGO ojca.Mógł się założyć, iż tylko dlatego dostał owo zaproszenie. Lucjusz dalej starał się przywrócić syna do „śmietanki towarzyskiej”.
Młody Malfoy prychnął cicho.
Zniecierpliwiony, stanął na krawędzi, dzielącej go od przepaści i spojrzał przed siebie.Tylko jeden krok dzielił go od upragnionej wolności. Po drugiej stronie, nie miałby wątpliwości, czy decyzja o wybraniu „dobra“ była poprawna. Tam mógłby po prostu być, lub przestać istnieć. Szczerze powiedziawszy, było mu to obojętne.
Rzadko kiedy narzekał na swoje życie i naprawdę z całego serca starał się wyciągać z niego jakieś pozytywy, lecz czasami wręcz brakowało mu na to sił.
Po co miał się starać? Dla kogo? Dla Ginny, która wiecznie go zdradzała?
Dla Pottera, który na głowie miał cały czarodziejski świat?
Dla rodziców?
Prawda była taka, iż mimo tego, co udało mu się zbudować, dalej nie miał nic. Nie miał poczucia, że tu jest jego miejsce, że dobrze wybrał, a to, co robi, ma jakikolwiek sens. Brakowało mu czegoś... Brakowało mu kogoś, kto by potwierdził, iż jego wybory są słuszne.
- Co ty tu robisz? - Z zamyślenia wyrwał go głos kobiety, na którą już tak długo czekał.
Gdy jego spojrzenie w końcu padło na Hermionę, musiał w duchu przyznać, iż wyglądała olśniewająco. Czarna, elegancka sukienka przylegała idealnie do jej zgrabnego ciała, tym samym dodając jej pewności siebie.
- Niezła kiecka, Granger - powiedział, uśmiechając się prowokująco, na co Ślizgonka leniwie wywróciła oczami. - Śmierciożercy na pewno docenią twoje starania - dodał.
- Sam byś się mógł o tym przekonać, gdybyś miał w sobie odrobinę odwagi. - Brązowowłosa nie dała się tak łatwo sprowokować. Zamiast tego wybrała atak.
- Gdyby chodziło o odwagę, już dawno by cię tu nie było - zakpił, lecz po chwili zastanowienia westchnął głęboko. - Wiem, że nie masz żadnych podstaw do słuchania mnie, ale przemyśl to jeszcze raz - zaproponował, siląc się, by jego głos wyrażał spokój.
Cholera, co ja tu w ogóle robię?” - spytał się w myślach. Już dawno powinien leżeć w swoim wygodnym łóżku i zapomnieć o sprawie Hermiony. Przecież to było w jego stylu. Uciekanie jak najdalej się dało i wykluczanie problemów.
O dziwo, teraz znajdował się tu, próbując odwieść swojego wroga od podjęcia najgorszej decyzji w jego życiu.
- Pamiętaj, że masz wybór - dodał, przeklinając się w duchu za wypowiedziane słowa. Nienawidził być tak drobiazgowy ani uczuciowy. Czemu w ogóle przejmował się jej losem?
Dziewczyna natomiast spojrzała na niego zaskoczona. Nie spodziewała się po Gryfonie takich słów. Owszem, liczyła się z tym, iż może próbować przeszkodzić jej w tej decyzji, lecz nie miała pojęcia, że chłopak użyje takich argumentów.
Zauważyła, jak sam żałuje wypowiedzianych słów, a maska obojętności znowu wypływa na jego twarz.Uśmiechnęła się ironicznie w jego stronę, po czym bez większego zastanowienia odrzuciła swoje myśli na bok.
- Dzięki za troskę, ale wiem, co robię - odparła, co blondyn skwitował prychnięciem.
- W takim razie powodzenia. - Draco zaśmiał się bezradnie. Nie sądził, że Granger jest aż tak naiwna i naprawdę uwierzy w te wszystkie zasady panujące w świecie Czarnego Pana.
- Opowiem ci, jak było - rzuciła.
- O ile dożyjesz - mruknął do siebie blondyn, co jednak nie uszło uwadze Ślizgonki.
- Moje życie jest pewniejsze od twojego - odpowiedziała ze złością, po czym nie czekając na jakąkolwiek reakcję Gryfona, deportowała się z głośnym trzaskiem.



~Hermiona~


- Pieprzona fretka! – Hermiona, idąc pewnie przez dwór Malfoyów, przeklinała Dracona w myślach.
Co on sobie wyobrażał? Że może tak bezpodstawnie wtargnąć w jej życie, powodując tym samym zamęt w jej głowie?
Mimo tego przekonania, przez chwilę zastanowiła się nad słowami blondyna. Może i zachowała się lekkomyślnie, lecz dalej próbowała dbać o siebie i stawiać  na to, co było dla niej najlepszym rozwiązaniem.
Nie było głupia i doskonale zdawała sobie sprawę z zagrożenia, lecz zebrała w sobie całą odwagę i bez wahania pchnęła potężnę, marmurowe drzwi, prowadzące do głównego korytarza ogromnej willi.
- Spóźniłaś się, Granger. - Na powitanie usłyszała głos swojego znienawidzonego byłego profesora od eliksirów.
Snape, mimo iż był opiekunem jej domu, zawsze traktował ją jako gorszą oraz ignorując jej zapał do nauki, wyznaczał szlabany za byle głupotę. Może to miał być test dla dziewczyny, a może tylko zwykła zawiść.
Hermiona wiele lat spędziła na przeklinaniu tego nieznośnego nauczyciela, lecz gdy w końcu dowiedziała się, iż jest on sprzymierzeńcem Czarnego Pana nabrała do niego odrobinę szacunku. Wiedziała, że tak będzie dla niej łatwiej. Ponadto, Severus nawet ściągnął specjalnie dla niej zaklęcie uniemożliwiające deportację w szkole, by bez problemów mogła dostać się na spotkanie Śmierciożerców.
Dopiero teraz powoli docierało do niej, że za chwilę przeżyje najgorsze chwile, swojego życia.
Doskonale wiedziała, iż zwolennicy Voldemorta nie mieli serca oraz gdyby mogli, pozabijaliby wszystkich mugoli żyjących na ziemi, więc tylko kwestią czasu było, gdy po raz pierwszy zobaczy tortury lub czyjąś śmierć.
Nie była na to gotowa, ale nie miała innego wyjścia. Musiała udawać silną. Całe życie chciała czegoś więcej, niż być wyśmiewaną. Pragnęła całkowitej akceptacji i zrozumienia.
Teraz miała ochotę parsknąć śmiechem.
Nikt nigdy nie będzie mógł spełnić jej oczekiwań. Ani Zakon Feniksa, ani Voldemort.
Musiała sama podjąć decyzje i ponieść za nie konsekwencje.
 - Przepraszam, młody Malfoy mnie opóźnił - odparła poważnym głosem, a następnie, zmierzając tuż za Snape’em, który przytaknął tylko głową, znalazła się w salonie, gdzie znajdowali się już prawie wszyscy Śmierciożercy.
Przerażona rozglądnęła się szybko po sali.
- Czarnego Pana nie ma, złociutka. - Bellatrix Lestrange zaśmiała się głośno.
Jej długie czarne loki opadały dziko na ramiona, a uśmiech był tak przerażający, że Ślizgonka miała ochotę cofnąć się o kilka kroków. Wiedziała jednak, że nie może pokazać choćby odrobiny słabości.Przecież nie z tego powodu tu przyszła. Jej los spoczywał w rękach najpotężniejszego czarownika, a ona nie miała zamiaru się skompromitować.Na strach pozwoli sobie dopiero, gdy będzie sama.
- Mylisz się, głupia. – Piskliwy, wysoki głos przerwał ciszę, która zapanowała na sali.  - Czekałem tylko i wyłącznie na ciebie, panno Granger. - Czarny Pan spojrzał na dziewczynę swoimi czerwonymi oczami, które bardziej przypominały szparki węża niż człowieka.
Brązowowłosa zadrżała lekko, co nie uszło uwadze Voldemorta.
- Nie martw się, moja droga, nikt nie zrobi ci krzywdy, chyba, że ja to zarządzę – dodał, a jego usta ułożyły się w grymas, który miał przypominać uśmiech. 
Mimo że ledwo co panowała nad swoim przerażeniem, ani razu nie odwróciła wzroku od swojego rozmówcy, który najwidoczniej był bardzo zadowolony z jej poczynań.
- Odważna - mruknął bardziej do siebie, widocznie usatysfakcjonowany.
- Panie… - Głos ponownie zabrała Bellatrix. - Czy nie czas zacząć? - spytała, po czym szybko schowała twarz za włosami. Granger nie mogła uwierzyć,w jakim tempie kobieta zmieniła się  z wyrafinowanej i podłej arystokratki w potulną i bojącą się o własne życie poddaną.
Musiała w duchu przyznać, iż wywarło to na niej spore wrażenie.
- Milcz! - Czarny Pan ledwo co zwrócił uwagę na swoją podwładną. - Lucjuszu, gdzie twój syn? - spytał, tym razem kierując wzrok na mężczyznę o długich blond włosach. Jego twarz w jednej chwili zmieniła wyraz z wyrafinowanej i pewnej siebie na przerażoną. Usta wygięły się w krótkim, smutnym uśmiechu, jednak oczy dalej pozostały zimne i szare, dokładnie takie jakie posiadał jego własny syn.
Brązowowłosa jęknęła w duchu.
Masz wybór, Granger” - usłyszała w swojej głowie głos Gryfona, lecz szybko odgoniła od siebie tą myśl.
Nieprawda. Nigdy nie miała wyboru. Tak samo jak i on. Oboje musieli się odnaleźć w świecie, do którego, chcąc nie chcąc, zostali przydzieleni. Musieli nauczyć się w nim żyć.
Po raz pierwszy Ślizgonka zrozumiała swojego wroga. On wolał trzymać się z Wybrańcem, niż spełniać wymagania swojego ojca, który najwidoczniej nie miał odwagi, by walczyć o swoją rodzinę.
- Odrzucił zaproszenie. - Hermiona po raz pierwszy tego wieczoru zwróciła się bezpośrednio do Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.
Czuła na sobie wzrok wszystkich Śmierciożerców, którzy patrzyli na nią jak na wariatkę. Jak śmiała wypowiedzieć chociażby słowo w kierunku ich Mistrza?
Nie miała do tego prawa i dobrze o tym wiedziała, lecz nie mogła się powstrzymać. Malfoy sam odrzucił ofertę i teraz potrafiła zrozumieć dlaczego.
- Śmiem twierdzić, iż twój syn wdał się w ciebie, Malfoy. Obaj nic niewarci i tchórzliwi. - Voldemort zaśmiał się złowrogo.
- Wybacz, mój Panie - mruknął potulnie Lucjusz.
Brązowowłosa zauważyła, jak starszy Malfoy odruchowo sięgnął po dłoń Narcyzy, która nawet przez sekundę nie dała po sobie poznać, jak bardzo przejęła się daną sytuacją.
Hermiona doskonale pamiętała swoje pierwsze i ostatnie spotkanie z siostrą Bellatrix. Owszem, nie wspominała go zbyt przyjemnie, lecz teraz musiała przyznać, że kobieta radziła sobie w swojej roli znakomicie. Nie umiała jednak ukryć matczynego wzroku, który przez sekundę pojawił się w jej oczach.Zależało jej na swoim synu, mimo iż sama wygnała go z własnego domu.
Dziewczyna uśmiechnęła się w duchu. Jednak każdy ma w sobie odrobinę ciepła…
- To była wasza ostatnia szansa na pokazanie, że ta rodzina jeszcze coś potrafi. - Czarny Pan syknął jadowicie, po czym skierował różdżkę ku Lucjuszowi. - Crucio! – krzyknął, a cały salon przepełnił głośny jęk mężczyzny.
Granger ani na chwilę nie oderwała wzroku od ojca Dracona, który wił się z bólu jak opętaniec. Nie mogła nadziwić się, jak jedno zaklęcie mogło sprawić aż takie tortury.
- Tak u nas kończy się nieposłuszeństwo - wyszeptała złośliwie Bellatrix tuż nad uchem Ślizgonki. - Chyba nie chcesz być następna? - Dziewczyna pokręciła lekko głową, czując na sobie oddech Śmierciożerczyni. - Trzymaj się z dala od Czarnego Pana - warknęła na koniec, a następnie z szatańskim śmiechem przyłączyła się do tortur.
Nie wiedziała, kiedy jej serce zaczęło tak szybko bić. Nie wiedziała, kiedy ręce zaczęły pocić się ze strachu, a dzisiejszy obiad prawie stanął jej w gardle.Czuła się jak marionetka, próbująca odnaleźć się w świecie, do którego przecież nie należała.
Uspokój się” - powtarzała sobie w myślach, podczas gdy krew Malfoya powoli spływała z jego twarzy.
Cała pewność, iż Czarny Pan nie zabije swojego podwładnego, z minuty na minutę coraz bardziej malała.
Widziała, jaki ból musiał znosić Lucjusz i nie życzyła tego nawet najgorszemu wrogowi. Nieważne, ile krzywd by wyrządził, nikt nie zasługiwał na takie traktowanie. 
Nie mogła tego znieść, była za słaba na jakikolwiek ruch, jakąkolwiek reakcje. Miała wrażenie, iż jej ciało kompletnie opadło z sił.
Masz wybór” - po raz kolejny usłyszała w swojej głowie to zdanie. Czy naprawdę go miała? Czy po tych wszystkich kłamstwach dalej mogła pozwolić sobie na taki przywilej?
Patrząc na ojca Dracona, wolała nie znać odpowiedzi.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, na czym polegają spotkania Śmierciożerców.
- Jesteś nam tutaj tak samo zbędny jak ten zdrajca krwi - mruknął Voldemort, przerywając zaklęcie. Lucjusz odetchnął z ulgą, po czym wycieńczony padł na podłogę.
W pierwszej chwili Hermiona chciała podbiec i pomóc mężczyźnie, lecz w porę się zreflektowała. To nie był Hogwart. Tutaj, śmierć była bardziej realistyczna niż w każdym innym miejscu na ziemi.
- Czas na główną atrakcję! - zawyła Bella, po czym skinieniem różdżki przyprowadziła kolejnego gościa.
Tym razem Ślizgonka nie mogła wytrzymać. Zdusiła w sobie niemy krzyk oraz natychmiast zamknęła oczy, nie chcąc widzieć zmasakrowanego ciała.
Niestety doskonale słyszała kapiącą na posadzkę krew, która wydawała się odliczać ostatnie sekundy życia ofiary.
Miała wrażenie, że to ona miała zaraz umrzeć, że to jej ciało zaraz dołączy do reszty umarłych.
Czuła na sobie śmierć.
Śmierć, która miała pozostać z nią do końca jej dni.


*


Teleportowała się wraz ze Snape'em do jego gabinetu i nawet na niego nie patrząc, zawrotnym krokiem udała się do swojego prywatnego dormitorium.
Jej czarna sukienka, kilka godzin temu jeszcze taka piękna i przepełniona wdziękiem, teraz opadała na niej, jakby była zbędnym materiałem pokrytym brudem i… krwią.
Wydarzenia sprzed kilku chwil stawały jej przed oczami, a ona ledwo co mogła nad nimi zapanować.
Zatrzymała się na chwilę, by złapać chociaż odrobinę świeżego powietrza. Nie było to jednak dobrym pomysłem.Zanim się obejrzała, upadła z hukiem na podłogę, a łzy niekontrolowanie napłynęły jej do oczu.Spojrzała na swoje ręce, na których jakby znikąd pojawiła się krew.
- To nie dzieje się naprawdę - mruknęła do siebie, lecz ból palący w klatce piersiowej nie zamierzał ustąpić.
Czekała. Czekała, aż ktoś albo coś wybawi ją z tego okropieństwa, z tego poczucia winy.
Chciała uciec. Uciec i nigdy nie wracać.
- Hermiona… - usłyszała jakby z daleka, lecz nie miała zamiaru jakkolwiek reagować. Nie mogła się ruszyć, a co dopiero wypowiedzieć choćby słowo.
Była słaba… tak cholernie słaba. Nie dała rady sprostać zadaniu, nie pokazała, na co ją stać i doskonale wiedziała, czemu tak było.
Nie była kimś nadzwyczajnym, nie była potężnym czarnoksiężnikiem czy choćby nawet arystokratą. Była brudną, nic niewartą…
- Szlamą - wykrztusiła z siebie w końcu, a cichy szloch przeszył jej ciało. Zanim się obejrzała, znalazła się w objęciach nieznajomego jej wybawcy.
- Nie jesteś szlamą. Jesteś Hermioną Granger. Jesteś moja - usłyszała cichy, łamiący się głos, który wydawał jej się tak bardzo znajomy.
Ciarki przeszły jej po całym ciele, a serce natychmiast uspokoiło swe bicie. Czuła, jak wszystko powoli się rozpływa, a ona pogrąża się w czystej błogości.
Ostatnie, co zdołała zapamiętać, to błękitne oczy i dwa zupełnie obce dla niej słowa.
„Kocham cię“.


~Draco~


Kolejny dzień zdawał się być taki sam jak pozostałe. Draco jak zwykle zerwał się z kilku lekcji, paląc przy okazji podrzędnego mugolskiego papierosa, spędził kilka chwil z Ginny, po czym niczym niewzruszony udał się na trening Quidditcha.
Mimo iż wraz z Potterem grali na tej samej pozycji, na następnym meczu miał wykazać się w roli ścigającego, co niezbyt przypadło do gustu Katie Bell, która po wypadku, jaki spotkał ją z przeklętym naszyjnikiem, dalej znajdowała się w Świętym Mungu.
Kilka dni temu bowiem, dziewczyna przysłała mu kilkustronicowy list, który składał się głównie z gróźb i tortur, jakie go spotkają, gdy zrobi choć jeden błąd w najbliższym starciu.
Młody Malfoy nie czuł jednak na sobie żadnej presji związanej z nową pozycją.
Było to jego ulubione zajęcie w Hogwarcie, sprawiające masę przyjemności i dające poczucie wolności oraz swobody.
Kochał przemierzać godzinami przestworza wysoko nad boiskiem czy też całym Hogwartem.Mógłby spędzić tak całe życie. Wtedy bowiem nie czuł presji podjęcia dobrych decyzji i nie dopadała go szara rzeczywistość z Czarnym Panem na czele. Był tylko on. On i jego myśli. Jego prawdziwe odczucia, które pokazywał coraz rzadziej.
Dzisiaj jednak postanowił skoncentrować się na treningu. Nie miał ochoty zamęczać się innymi sprawami.Przez chwilę wolał być zwykłym uczniem, niemartwiącym się o swój własny los czy też przyszłość.
Gdy pod wieczór Potter w końcu ogłosił koniec wyczerpującego treningu, blondyn bez zastanowienia ruszył w kierunku Wielkiej Sali, mając nadzieję, że załapie się jeszcze na kolację.Mimo iż zazwyczaj o tej porze znajdowało się tam kilkoro ostatnich uczniów, to teraz pomieszczenie tętniło życiem.Każdy wydawał się być wyraźnie podekscytowany, lecz i na swój sposób przerażony, co nie uszło uwadze Dracona.Wywrócił wymownie oczami, po czym usiadł na jednym z wolnych miejsc.
Zanim się obejrzał, każda para oczu została skierowana na niego. Uniósł jedną brew do góry. Czyżby coś przegapił? Jakieś święto? Informacje? Cokolwiek?
Postanowił jednak zignorować wszystkie natarczywe spojrzenia, by sam poszukać jedynej osoby, która przez cały dzień siedziała mu w głowie. Dzisiaj bowiem nie miał przyjemności zobaczyć choćby przez sekundę panny Hermiony Granger. Nie pokazała się ani na zajęciach, ani na żadnym z posiłków, co dawało mu do myślenia.
Czyżby ją zabili?
Ciarki przeszły po całym jego ciele. Nie wiedząc czemu, wyobrażenie nieżywej Ślizgonki cholernie go przeraziło.
Jednakże wątpił w to, by Czarny Pan od razu pozbył się nowej, aczkolwiek bardzo zdolnej czarownicy, wywodzącej się z arystokratycznego rodu.
Nie miał pojęcia zatem, czemu dziewczyna tak tajemniczo zniknęła. Nikt jednak zdawał się nie przejmować tym faktem. Nawet sam Blaise Zabini, który jak gdyby nigdy nic rozmawiał z wniebowziętą Pansy Parkinson,
Draco zaśmiał się przelotnie. Diabeł, zupełnie jak i on, potrafił omotać każdą dziewczynę w Hogwarcie.
Jako dzieciaki spędzali ze sobą każdą wolną chwilę i Gryfon musiał przyznać, że z czasem stali się naprawdę dobrymi przyjaciółmi.Oczywiście na początku cała ich znajomość została ustawiona przez ich matki, lecz obojgu chłopcom jakoś to nie przeszkadzało.Wszystko jednak zmieniło się, gdy Malfoy trafił do domu Lwa. Wtedy ich wieloletnia przyjaźń runęła w gruzach.Każdy z nich odnalazł się w nowym świecie, z nowymi znajomymi, bez pomocy drugiego.
Mimo to blondyn nie żywił do bruneta nienawiści. Ze względu na stare czasy dalej darzył go szacunkiem, nawet jeśli przychodziło mu to z trudnością.
Dlatego tak bardzo zdziwił go fakt, że jego były przyjaciel pojawił się bez Granger.
Draco był pewien, iż dziewczyna powiedziała mu o zebraniu Śmierciożerców, na które tak dzielnie zamierzała iść.
Prychnął w myślach. Nie znał bardziej upartej dziewczyny od Hermiony. Nawet temperament Weasleyówny był niczym w porównaniu z charakterem Ślizgonki.
Pomyśleć, że jeszcze starał się ją przekonać do zmiany zdania! Po jakiego Merlina?
Miał wystarczająco swoich problemów, więc po co na siłę mieszał się w sprawy brązowowłosej, skoro ona już zdążyła wybrać?
Przez krótki moment poczuł ukłucie zazdrości.
Ona przynajmniej wiedziała, czego chce. Umiała odróżnić, co dla niej dobre, czym może zabłysnąć kosztem życia innych.
On nawet na to nie potrafił się zdobyć. Był tchórzem.
- Malfoy. - Z rozmyślań wyrwał go Neville Longbottom, który spojrzał na niego przybitym wzrokiem.
Szaroooki uniósł jedną brew do góry, tym samym informując Gryfona o jego zainteresowaniu.
- Chyba powinieneś to zobaczyć - dodał, po czym rzucił mu Proroka tuż przed nos.
Draco, nie tracąc czasu, szybko rozwinął gazetę. Starał się wypatrzeć jakąkolwiek informację, która mogła przyciągnąć jego uwagę.
Po kilku sekundach jego wzrok spoczął na dużym czarnym nagłówku o jeszcze bardziej mrocznej treści.



„Kolejne zabójstwa Śmierciożerców! Lucjusz Malfoy i Charlie 


Weasley zamordowani!”